Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post autorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post autorski. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2013

Gry Fabularnej część pierwsza

Gdyby nie mocny splot dłoni, Mabel leżałaby teraz na ziemi, jęcząc z bólu. Prawdopodobnie niczego by sobie nie złamała, jednak upadek to upadek, niezależnie od tego, czy spada się z dwóch metrów, czy z dwudziestu. Giętkie, niełamliwe kości uchronią przed złamaniem, ale nie bólem. Na szczęście Savannah w porę ją złapała, niwelując możliwość runięcia w dół.
— Uważaj, Mab — pouczyła młodszą od siebie akrobatkę, wciągając ją z powrotem na drążek zawieszony pomiędzy dwoma stojakami. Mabel nie wiedziała, na jakiej wysokości się znajdują, ale jednego była pewna: nikt nie chciałby stąd spaść ani nie życzyłby nikomu takiego upadku.
— Spróbuj jeszcze raz — Savannah położyła dłonie na jej ramionach i powtórzyła sekwencję ruchów, instruując, jak wykonać układ. Dziewczyna słuchała poleceń z uwagą i w odpowiedniej chwili, gdy poczuła, że drążek stał się jakby zwykłą podłogą, zaś ciało utrzymywało idealną równowagę, rozpoczęła układ od przerzutu tyłem, z którego zaczerpnęła siły rozpędu i wykonała salto. Pod stopami znów poczuła drążek, ale nie miała już wrażenia, że stoi na nim jak na cienkim i płaskim kawałku drewna. Czuła się znacznie pewniej.
— Właśnie tak, Mab. — Usłyszała z dołu głos pochwały, co napełniło ją wewnętrzną dumą. Przeszła na drugą stronę drążka, gdzie weszła do „koszyka”; miejsca, w którym akrobaci mieli swój mały kącik na krótko przed występem i skąd wychodzili, pozostając wcześniej niewidocznymi dla widzów. Na dół schodziło się drabinką zawieszoną na sznurach. Zebrała swoje ubrania oraz butelkę wody i wyjrzała zza koszyka, czy będzie mogła bezpiecznie zejść. Szukała też wzrokiem Savannah, żeby jej z oznajmić, że jest gotowa do występów na takiej wysokości. Jednak prócz swojej nauczycielki i wspólniczki zauważyła dwie obce jej postaci, więc schowała się w środku, nie chcąc już wychodzić.
Obcych nie lubiła. Ze ,,swoimi” miała wystarczająco dużo problemów. Choć rozmowy nie widziała, to nie umknął jej ten moment, w którym głosy stają się głośniejsze, a ton ostrzejszy. Kłócą się, pomyślała, i była zadowolona, że nie wyszła. Gdyby to zrobiła, musiałaby być świadkiem nieprzyjemnej sceny.
Pomimo że nie wypadało, mimowolnie nadstawiła uszu, wyłapując pojedyncze słówka z rozmowy. Niewiele jednak zrozumiała, dochodząc powoli do wniosku, że rozmowa toczy się w nieznanym jej języku, z czego wywnioskowała, że rozmawiający muszą się znać. Wychyliła się lekko, z ciekawości chcąc spojrzeć na obcych. Czarne płaszcze i wysokie kapelusze. Cylindry, Abe miał takich pełno. Jedna z postaci spojrzała w jej stronę i Mabel z zawrotną prędkością schowała się z powrotem, z sercem bijącym jej jak oszalałe. Byle tylko nikt jej nie zobaczył! Nie chciała tłumaczyć się ze swojej obecności i sprawiać, żeby sytuacja stała się dla Savannah niezręczną. Podkurczyła kolana pod brodę, schowała w nich twarz, zatykając palcami uszy i w myślach nuciła kołysankę. Wszystko, żeby tylko się wyciszyć i wyłączyć. Nie słyszeć już żadnych głosów.
Najwyraźniej nie zwróciła na siebie uwagi, bo nikt na górę nie wszedł. Kiedy zakończyła kołysankę, po uprzednim jej powtórzeniu kilkanaście razy, wyprostowała się. Co ją zdziwiło, zastała idealną ciszę, a to oznaczałoby, że... Jest w namiocie sama. Nie zważając na nic, poderwała się z miejsca, zjechała po drabince i uciekła, pędząc ku Abrahamowi z nadzieją, że gdy wpadnie do ich namiotu, namówi go, żeby jej zaśpiewał. To uspokoi ją jeszcze bardziej.
***
Zgarnęła karty pozostawione na stole po wyjściu ostatniego z odwiedzających w jeden stosik. Trzydzieści sześć kartoników z obrazkami — wciąż nie wiedziała, co sprawiało, że zdarzali się skłonni bezgranicznie im wierzyć. Ona wolała raczej myśleć, że to człowiek decyduje, jak będzie wyglądać jego przyszłość, przynajmniej w pewnym stopniu. Gdyby wszystko miało być z góry przesądzone… Nie.
Do namiotu dobiegały nieco przytłumione głosy, śmiechy — czyli to, co na ogół dało się wieczorami słyszeć w cyrkowym obozowisku. Lubiła wieczory, chociaż rzadko dołączała do całej reszty podczas spotkań przy ognisku czy gdziekolwiek indziej. Niby wśród cyrkowców pojawiła się już jakiś czas temu, niby dobrze czuła się w tym miejscu i z tymi ludźmi — ale wciąż wolała trzymać się na uboczu. To było wygodne.
A potem nagle rozległ się krzyk, po którym na moment jakby wszystko umilkło, by zaraz potem podniosła się raczej niespotykana o tej porze wrzawa. To nie było normalne, o ile w ogóle był sens rozpatrywać kwestię normalności rzeczy, które się w cyrku działy. To było inne, co wystarczyło, by Rawnie szybko wstała ze swojego miejsca z zamiarem sprawdzenia, co się stało. Niby ciekawość to pierwszy stopień do piekła… Ale Marks od dawna twierdziła, że trudno o bardziej irytującą i męczącą rzecz niż niewiedza. Nietrudno było odgadnąć, gdzie się powinna skierować — tam, gdzie zebrała się w tej chwili największa grupa cyrkowców. Nie miała szans dotrzeć do samego namiotu, wokół którego stali, jednak sama końcówka dyskusji, którą mogła teraz usłyszeć, przynosiła dwa słowa: nic dobrego.
— Sinclair nie będzie miał nic przeciwko. Nikt nie będzie nas atakował, a policja będzie wobec takich przypadków bezsilna. Musimy wziąć sprawy w nasze ręce. — Nie widziała, kto te słowa wypowiedział, co wcale nie przeszkodziło jej w stu procentach się z nimi zgodzić. Własne problemy należy załatwiać we własnym gronie, takie podejście towarzyszyło jej chyba… Chyba od zawsze. Mieszanie do czegokolwiek ludzi z zewnątrz rzadko przynosiło cokolwiek dobrego. A już szczególnie nie przypuszczała, żeby miało przynieść cokolwiek dobrego cyrkowcom. Część osób uznało najwyraźniej, że lepiej dla nich będzie zająć się własnymi sprawami — chociaż w zasadzie cokolwiek się tu stało, dotyczyło ich wszystkich — i wokół stopniowo zrobiło się nieco luźniej. Skorzystała z okazji, żeby podejść bliżej… I natychmiast cofnęła się o krok, kiedy zobaczyła ciało tancerki. Nie żeby znała tę dziewczynę szczególnie dobrze. Po prostu z każdym tutaj czuła się w pewien dziwny sposób związana. No i wiadomo, skoro ktoś zaatakował raz, dlaczego nie miałby zrobić tego ponownie?
— Ktoś coś musiał widzieć — warknął niespodziewanie potężnie zbudowany chłopak, obejmujący drobniutką akrobatkę. Rawnie nie była pewna, czym w zasadzie się zajmował. — Może ty, co? — rzucił nieprzyjemnie do kogoś, w kim po chwili udało jej się rozpoznać Mabel. Dziewczyna wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć. Była wyraźnie przerażona zaistniałą sytuacją. Nikt nie mógł przecież wiedzieć, że mimowolnie stała się jedynym świadkiem morderstwa, choć nie zdawała sobie dotąd z tego sprawy. Lekko potrząsnęła głową, zaprzeczając. Stanowiło to całą jej odpowiedź, co chyba tylko bardziej mężczyznę zdenerwowało. — Nie kłam, kurwa. — Zatkała sobie uszy, nie chcąc już brać udziału w tej dyskusji. — Ivy powiedziała, że zostałyście z Savannah same na dodatkowej próbie, więc zacznijże w końcu gadać! — Bardzo rozsądne, panie zirytowany. Och, jeden problem: słyszałeś, żeby ona kiedykolwiek coś mówiła?
Mężczyzna obrócił ją w swoją stronę i siłą zabrał ręce z uszu, potrząsnął nią.
— Gadaj, Mabel, gadaj! — powtórzył wściekły — Do kurwy nędzy, choć raz zacznij gadać! Widziałaś to? — zapytał, a wzrok roztrzęsionej dziewczyny musiał upewnić go w przekonaniu, że widziała, co się stało. Akrobatka, chcąc mu się wyrwać i uciec, szarpnęła się, ale on mocno trzymał jej ramię. Spróbowała raz jeszcze. Nie wtrącaj się, nie wtrącaj się, nie wtrącaj się, powtarzała sobie w myślach Rawnie. W końcu na tyle dobrze wychodziło jej nieangażowanie się w jakiekolwiek kłótnie, że szkoda to było teraz psuć. Nie chciała widzieć, co się dzieje i co ten typ robi.
— Nie wyrywaj się! Idziesz z nami do miasta, powiesz nam, którzy to i zajmiemy się nimi. — Miał wściekły, poddenerwowany ton głosu. Skrywał w sobie ogromne złoża agresji i Mabel nie zdawała sobie z tego sprawy, gdy przerażona wizją wizyty w mieście i identyfikacji tamtych przerażających postaci, uderzyła go w klatkę piersiową z pięści, licząc, że uda jej się wyrwać i uciec w bezpieczne miejsce. Kiedy to nie pomogło, w ruch poszły kopniaki i łokcie, a to wywołało u mężczyzny reakcję obronną. Dostała pięścią w szczękę i poddańczo skuliła się w sobie.
Ktoś kto — najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że sprawy posunęły się za daleko — odważył się mruknąć ciche „uspokój się”, szybko został uciszony. I wtedy stwierdziła, że pal licho, ale jednak woli, żeby nie stało się coś poważniejszego.
— Dosyć — powiedziała głośno, wcześniej wziąwszy głęboki oddech. Ją też spróbuje uderzyć? — Albo mi się, do cholery, wydaje, albo powinniśmy się skupić na zrobieniu czegoś konkretnego, a nie jeszcze się między sobą żreć. — Ją samą zdziwiło, że udało jej się zabrzmieć całkiem spokojnie, a przy tym nadać słowom dość ostry ton. Nijak się to miało do sposobu, w jaki mówiła normalnie i od tego „wróżkowego” głosu. No popatrz, Marks, jeszcze się czegoś o sobie dowiesz. — Wszyscy musimy ochłonąć, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie — stwierdziła. — I… I trzeba się nią zająć — dodała już z dużo mniejszym przekonaniem, mając na myśli martwą tancerkę.
— Chodź ze mną, dobrze? — zapytała cicho, podchodząc do Mabel. — Pomogę ci z tym — wyjaśniła, wskazując na rozcięcie na wardze dziewczyny. Miała nadzieję, że ta nie będzie miała nic przeciwko, żeby z nią iść. W końcu to naprawdę było lepsze rozwiązanie niż zostawienie jej tutaj. Mabel bez wahania udała się za wróżką, w tej chwili jedyną osobą, za którą mogłaby iść. Potrzebowała sposobu, żeby się stąd wyrwać i zniknąć gdzieś pod ziemią. Zapaść się, ot tak, jakby tylko pstryknęła palcami, niczym magik. Szybko znalazły się w namiocie Rawnie. Marks w jakimś stopniu to uspokoiło, chociaż przecież tutejsze ściany w żadnym stopniu nie chroniły przed ewentualnym zagrożeniem. Zaledwie chwilę temu mieli tego przykład.
— Siadaj — powiedziała, wskazując na niskie krzesła ustawione przy niedużym stoliku. Po chwili, kiedy z szafki wygrzebała poza butelką wody kawałek czystego materiału, dołączyła do dziewczyny, zajmując wolne miejsce. W głowie tłukło jej się coś odnośnie tego, że w podobnych sytuacjach zawsze najlepiej jest ustawić się na poziomie wzroku drugiej osoby. — Nie mam pod ręką niczego więcej, więc na razie tylko to przemyjemy i zobaczymy, co dalej. — Wylała na materiał nieco wody i ostrożnie zabrała się za oczyszczanie skóry wokół zranienia. Stopniowo przekonywała się, że w rzeczywistości nie było ono aż tak paskudne, jak na pierwszy rzut oka wydawało się być. Chociaż przypuszczała, że i tak minie trochę czasu, nim to się zagoi.
— Mabel... — zaczęła w końcu, wyraźnie zastanawiając się nad każdym słowem. Z całą pewnością nie chciała niepotrzebnie denerwować akrobatki. — Wiesz, że prędzej czy później będziesz musiała iść ze wszystkimi do miasta? Tu nie chodzi o Correen, bo jej i tak już nie możemy pomóc... Tylko o wszystkich. Może się nie skończyć na jednym...
Wahanie, strach, niechęć. To wszystko była w stanie i dostrzec, i zrozumieć, bo przecież pakowanie się w najzupełniej realne niebezpieczeństwo nie stało na pierwszym miejscu listy marzeń u większości osób. U niej też nie. Ale w zasadzie chyba wolałaby się czymś zająć, niż siedzieć bezczynnie i oglądać się przez ramię przy najlżejszym szmerze. Już miała dodać coś jeszcze, co mogłoby dziewczynę przekonać, kiedy ta przesunęła w jej stronę wciąż leżące na blacie karty.
— Mam ci powróżyć? — Wolała się upewnić, że to właśnie to Mabel miała na myśli. Lekkie kiwnięcie głową na tak. — Jeżeli karty powiedzą, że nic złego się nie stanie... Zrobisz to? — Identyczny, choć tym razem niemal niezauważalny gest. — W porządku, w takim razie zapytamy je, czy będziesz bezpieczna — oznajmiła z cichym westchnieniem, chwytając w dłoń kartoniki i sprawnie zaczynając tasowanie. Co jak co, ale w tym akurat miała wprawę.
— Wybierz cztery —  poleciła w końcu, wyciągając w kierunku Mabel ułożone w wachlarzyk karty. Kiedy dziewczyna zrobiła to, o co Rawnie ją prosiła, niewykorzystana część talii została odłożona na bok. — Świetnie. A teraz rozłóż je na stole, jedną obok drugiej. — Uważnie przyglądała się kolejno odsłanianym rysunkom. Podróż. Zamyślenie. Wdowiec. Oficer. Wszystkie odwrócone, co oznaczało zdecydowanie negatywną odpowiedź na zadane pytanie. Niemalże krzyczały „nie!” i gdyby sytuacja wyglądała inaczej, Marks chybaby się roześmiała — choć raz karty w jej rękach miały szansę powiedzieć coś, co było absolutną prawdą. Ale tego Mabel nie musiała wiedzieć. Za to ona sama zamierzała się postarać, żeby być teraz przekonującą jak nigdy.
— Widzisz? Mówią, że wszystko będzie dobrze...

Mabel Sugar & Rawnie Marks

czwartek, 28 marca 2013

"Jego się nie boisz... Mnie się boisz!"



        Ale zanim to przeczytasz drogi czytelniku, wycisz się. Zobacz to, co nie jest widoczne. Zrozum to, co niezrozumiałe...







    Kiedy to się zaczęło? Tak… Dobrze pamiętam ten dzień. Był to trzydziestego grudnia, roku pańskiego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego. Rocznica, którą tacy jak ja pamiętają doskonale. Chyba nie trzeba mówić dlaczego.
            Panowała wtedy noc. Bez gwiazd, bez zbędnych obietnic i błysków. Zupełnie spokojna, jak to bywało na obrzeżach Francji. Mimo, że od kilku dni nie widziałem słońca, nie oddychałem świeżym powietrzem, dobrze wiedziałem, co dzieje się na zewnątrz. Czułem każdą przepływającą godzinę, każde stąpnięcie po ziemi, która mnie otaczała. Trudno to wytłumaczyć. Wiem i tyle. Zamykałem wtedy oczy i wsłuchiwałem się, co też ma do przekazania mi otoczenie. Drobne kroczki, oddalających się ludzi i wiedziałem, że pora już na mnie. Ciągłe ich śmiechy i podniesione głosy. Wyniosłość i radość. Podziw… Zaprawdę irytujące…
            Zegar wybił pierwszą godzinę. Może wszystko działo się tylko w mojej głowie… Urojone fantazje, że gdzieś tam jeszcze niemrawo bije ten sam, starodawny zegar, wciąż rozgrzewając serce. Tak. Martwe już od dawna serce! Ale ono jednak wciąż płonie, trawiąc same siebie… Pamiętna pierwsza godzina. Tak, ta cholerna pierwsza godzina, która rozpoczynała zawsze widowisko… A w mojej głowie znów zalęgła się myśl. Oni znów tu przyjdą. Wywloką. O zgrozo! Znów przyjdą! Znów wszystko się powtórzy! Idą, a ja nadal nie mam nawet oręża mogącego się im przeciwstawić.
            Po raz kolejny przeciągnąłem paznokciami po skórze, trzęsąc się w amoku. Krew płynęła po mojej skórze. Jak to uwielbiałem… Ten zapach…  Wspaniałe…Własnej krwi nie smakowałem nigdy i uznałbym to za hańbę. Może, gdy zobaczą mnie w takim stanie, zostawią w spokoju? Może i to była urojona fikcja? Nie. Nie w tą stronę droga! Nie miałem co się oszukiwać. Rozpacz ogarnęła moje ciało i wciąż drżałem, jak niewarty niczego śmieć na wietrze… Kolejne pociągnięcie i przypływ przerażenia. Może nie. Nie dziś. Nie teraz. Nie słyszałem ich.
            A gdybym tak targnął się wtedy na swoje życie? To nie był zły pomysł. Co więcej. Kuszący. Pełen upojnej radości i nadziei. Wtedy nie zabiorą! Żadnych lęków i zmartwień…
           Słyszałem ich. Byli tak blisko! Chciałem ich odpędzić, wyrzucić z siebie te myśli. Ale nie. Zakorzeniły się tak głęboko, przejmując kontrolę nade mną. Słyszałem miarowe kroki, niespokojne rozmowy. Przyszli mnie dopaść, a ja byłem taki bezbronny… Ubrany w niemiecki mundur z dwoma piorunami. Oni go uwielbiali, bo podobno dodawał wszystkiemu dramaturgii. Moja klatka stała w rogu. W piwnicy, położonej dokładnie dwieście czterdzieści osiem metrów pod powierzchnią gruntu. W miejscu gdzie nikt nie miał mnie znaleźć. Jeden portret w zakurzonej, czarnej ramie, zerkający na mnie złowieszczo. Nienawidziłem tego wzroku i jeśli tylko uwolniony mnie z klatki z pewnością wydrapałbym mu oczy. Ale nie teraz. Nie było na to czasu. Były tam jeszcze uschnięte kwiaty, przypominające mi te, które stały w pokoju Chruszczowa. Suche jak jego własna dusza. O słodka ironio. Dlaczego ten starzec musiał być, aż tak oschły, sztampowy i nieudaczny… Po co te kwiaty pod ziemią? Po co te stare meble, stojące po kątach i kanapa z miękkiego, czerwonego pluszu? Miałem czuć się tam dobrze? Miałem przez chwilę poczuć namiastkę wolności, której nie dano mi nigdy zaznać? Ku pokrzepieniu serc? Wciąż te pytania, tezy i strategie… To wszystko. Umeblowanie, klatka i żółtawy kolor ścian… Nie pasowały do reszty. Dlaczego urządzono takie miejsce za drzwiami, które bardziej nadawały się do pieca krematoryjnego. O tak… Widziałem takie nie raz.
            W końcu wkroczyli do budynku. Niemalże marszem, którego nikt ich nie uczył. Zamilkli. I nawet nie zorientowałem się kiedy stanęli przed grobowymi drzwiami. Czasem, podczas długich, zimowych nocy zastanawiałem się jak zmieścili przez nie moją pustelnię. Klatkę, zamieszkiwaną przez ogromny czas, który trudno było zliczyć.
            Jeden z nich wszedł do środka. A moje drżenia zamieniły się w ciągnące się w nieskończoność spazmy. I w czasie małych przerw, które dawał mi organizm, zerkałem na intruza. Zadziwiła mnie jego filigranowa postać. Mimo, że widywałem go tysiącami razy, wciąż wzbudzał u mnie zadziwienie. Tak delikatna, niemalże kobieca osóbka o długich, kręconych włosach potrafiła wypchnąć moją pustelnię na zewnątrz. Pamiętam tamtego dnia jego oczy. Zupełnie zimne, nieruchome… O zgrozo! Jak obraz, wlepiał we mnie swoje ślepia. Próbowałem sięgnąć go i jak najszybciej zamknąć mu je.
             - Przyszliście po mnie. Tym razem trwało to trochę dłużej niż zawsze… - zagadałem. Ten jednak się tylko uśmiechnął. Tylko ustami.
            Dobrze znałem odpowiedź. Ale to był nasz mały rytuał. Jego, mój i tych dwóch, którzy znajdowali się na zewnątrz. Potem powinienem wyszczerzyć się szeroko i rzucić tamtym niemowom za ścianom kilka uszczypliwych uwag, a oni uderzyliby mnie w twarz. Nawet w momentach, gdy się wykrwawiałem i ledwo udawało mi się otwierać usta, działo się to samo. Tym razem tak nie było. Zamknąłem się, a oni związali moje ręce, abym dalej nie drapał swojego ciała. Zabrano mnie tam gdzie zabrać powinni. To  nigdy się nie zmieniało. Przez całą drogę wpatrywałem się w oczy filigranowego mężczyzny i starałem się cokolwiek z nich wyczytać. Był wtedy dla mnie jak puszka Pandory, którą trzeba otwierać powoli, a nie od razu wywoływać chaos dookoła. Ciekawa była z niego istota. Czasem udało nam się zamienić kilka słów. Często przynosił jakąś książkę do poczytania… Miły mężczyzna, którego i tak uznawałem za postać kobiecą, mimo wszystko odgrywającą sporą rolę.
            Zapamiętałem go na zawsze.
            I wtedy stary zegar wybił godzinę drugą. Rozejrzałem się dookoła, ale chyba tylko ja go słyszałem. Albo byli aż tak zabiegani i nie zwracali uwagi na takie szczegóły? Było mi to wszystko jedno w takim momencie. Ta ciągła wrzawa i domagające się krwi tłumy za kotarą. Jakbym znajdował się na arenie z mieczem w ręku. Sam przeciwko samemu cesarzowi i dzikiemu stworzeniu. I sam nie wiem, który był bardziej niebezpieczny. Otworzyli moją klatkę i uwolnili dłonie. Nie chciałem tam iść. Po co? Aby znów patrzeli tymi swoimi nędznymi ślepkami i traktowali jak własną zabawkę, nie artystę?
            Jeden strzał padł, tuż obok mojego ucha. Potem ktoś wypchnął na scenę i strzelił jeszcze raz. Celnie. W bok. Nie miało to znaczenia. Leżałem tam na piasku i myślałem co teraz. Mam po prostu wstać i się uśmiechnąć? Przecież ich nienawidziłem. Tak bardzo, że moja skóra na karku reagowała na nich gwałtownie.
            Wstałem, podnosząc głowy dumnie. Nie byłem przecież gorszy od nich. Potrafiłem nawet zmienić świat. Nagiąć panującą rzeczywistość i jej zasady! Czy to się nie liczyło?!
            Głęboki wdech i krótkie spojrzenie puszczone w publikę.
            Jeszcze przez chwilę wydało mi się, że serce podchodzi mi aż do gardła - i trwało to dopóty, dopóki nie podniosłem strzelby do twarzy. Wówczas trzeba było myśleć o czym innym. Czy zbliżyć się więcej, czy już strzelać? Gdzie mierzyć? Im mniejsza odległość, tym strzał pewniejszy... a zatem dalej! dalej! kroków czterdzieści - jeszcze za dużo... trzydzieści! dwadzieścia! Już powiew przynosi ostry zwierzęcy swąd...
            O zgrozo! Broń wypadła z moich dłoni. Nawet on tam był! Ten, którego zwano stwórcą wszelkiego pomiotu! Najczystszy potomek von Schlieffena i von Loewenwolda! Czyżbym się zbłaźnił tamtej nocy. Upadłem na ziemię i ukłoniłem się nisko. Przepełniony miłością i nowym żarem. A więc pamiętali o mnie. Byłem potrzebny! Gdzieś tam miałem jeszcze coś zdziałać! Jakże wcześniej mogłem go nie zobaczyć. Poczułem małe drgnięcie powietrza i wiedziałem, że pozwala mi wstać. I przepełniony nowymi uczuciami, pewniej już omiotłem salę. Wszyscy nie mieli twarzy. Byli tylko żarzącymi się postaciami. Ale i tak wiedziałem, że się uśmiechają. Wszystko to przypominało mi sen. Koszmar, a zarazem tak słodkie marzenia. Bo cóż lepszego mogło mnie spotkać?
            Był tam jeszcze ktoś. Zupełnie wyraźny i zwracający moją uwagę. Z twarzą. Wyraźnie skupiony na mojej postaci. Wyglądał na cudzoziemca. Niemca, albo i Anglika. Wysoki, a gdy się uśmiechnął ujrzałem małe koronki z lewej strony platynowe. Z prawej znów złote. Drogi, szary garnitur i te pantofle… Jak gdyby dorobione do reszty… Równie szary beret i laska pod pachą. Jedno oko zielone, drugie zaś czarne. Krzywe usta i lat około czterdzieści. Brunet, dobrze wygolony. I zdawało mi się, że go znam.
            Potem wszystko poszło jak zawsze. Głupia myśl…
            On! On we własnej osobie pokazał mi swą ofiarę, a ja wyłowiłem go z tłumu. Zupełnie przeciętny… Ha! Wróg ludu naszego zapewne!
            Postawiłem go na środku, a ten jak na moje zawołanie skulił się na ziemi. Jak gdyby czytał mi w myślach… O zgrozo! On czytał mi w myślach! Kucał tam z głową przyłożoną do ziemi i czekał na dalsze rozkazy. Przymknąłem oczy i skupiłem się na swojej pracy. Tamten, ma ofiara, zaczął wyć przeraźliwie, co dawało mi poczucie ulgi, przepełnienia pozytywnymi uczuciami. Jak piękny był to wrzask. Jak upajająco działał na moją duszę. Mimo, że miałem zamknięte powieki, wszystko widziałem. W kolorach czerni i fluorescencyjnego błękitu. Widziałem. Przysięgam! Widziałem jego skuloną postać i wyrastające z pleców ogromne skrzydła, które wciąż się zwiększały.
            Potem wszystko stanęło w miejscu. Jak gdyby ktoś zatrzymał czas. Mężczyzna przestał wyć i otworzyłem oczy, a z moich ust wydobyła się plama krwi, która wydawała się taka nierzeczywista…
            Podniósł się z ziemi i zaczął szybować w powietrzu, zataczając coraz większe koła i wirując jak płatek śniegu na wietrze… Śmiał się głośno i cieszył, a publika wodziła za nim wzrokiem. Tak. Było to wspaniałe uczucie.
            Zaczął unosić się ku górze. A jego głos stawał się coraz potężniejszy, jakby zamoczył się w najgłębszych czeluściach ekstazy. A gdy był już bardzo wysoko zaczął płonąć. Ostrym światłem, a śmiech znów przerodził się w skowyt. Smród palącego ciała szybko mnie omotał. I padłem na ziemię, wykończony zupełnie. I kochałem go. Tak bardzo kochałem za to, że oddał z łatwością w ręce pokornego sługi swoją duszę. Kochałem go, gdy płonął w oczyszczającym ogniu uniesienia. Ku chwale Świętego Officjum!
            Zegar zabił po raz trzeci, a ja straciłem przytomność…


***

             - To była pierwsza nasza taka sesja, prawda?
             - Tak i to najprawdopodobniej ostatnia takowa. To, że jesteś moim osobistym psychiatrą nie oznacza, że to powtórzy się po raz kolejny. – Prychnął.
             - I co się stało Czterdzieści Cztery, że opowiedziałeś mi to?
             - Czyż odpowiedź nie jest prosta? Chcę wyłudzić swoje psychotropy. Tym razem polubownie. Rozumiemy się? Przecież i tak dobrze wiemy, że mi za to zapłacisz. Swoją własną duszą. To jak… Cyrograf z diabłem.
             - Tak, wiem. Kiedyś i po mnie przyjdziesz. Tak jak oni. A potem wybiją moje trzy godziny…
            - Dobranoc! już dziś więcej nie będziem bawili, niech snu anioł modrymi skrzydły cię otoczy.




              A teraz powiedz mi czy przeczytałeś uważnie? Czy zauważyłeś dwie historie na jednej płaszczyźnie? A może dziewięć ukrytych książek, które znalazły swoje miejsce w opowieści? Nie? Czy nadal uważasz się za uważnego?



Dziady A. Mickiewicz   

Dobranoc A. Mickiewicz.  

Młot na czarownice J. Piekara   

Czerwona Korona M. Bułhakow

Akwarium  W. Suworow   

Mistrz i Małgorzata  M. Bułhakow     

W pustyni i w puszczy H. Sienkiewicz

Potop. H. Sienkiewicz 

środa, 27 marca 2013

Tańczę ponad chmurami



            W dwóch sprawach Sikke nie kłamał - naprawdę był Holendrem i naprawdę miał trzydzieści cztery lata. Kwestia imienia była sporna - dawno temu, gdy jeszcze nie posiadał własnego zdania (bo i niby jak?), rodzice uparli się na Sigismunda. Nienawidził bycia Sigismundem, ale z drugiej strony, czerpał masochistyczną wręcz przyjemność z posiadania tak patetycznego i tak głupio brzmiącego imienia; odczucia te zmniejszyło cokolwiek posługiwanie się krótszą formą, ale jakby nie patrzeć - dosyć irytującym jest, gdy ludzie co chwila proszą, byś przypomniał, jak się nazywasz. A tak, bardzo elegancki, dynamiczny skrót - Sikke. Nadanie sobie jakby nowej tożsamości, takiej dla publiki i nowych, nie poznanych jeszcze ludzi. Sigismundem pozostawał we własnej świadomości, jakkolwiek by to nie brzmiało, chociaż ostatnimi czasy Sigismund rozmywał się w Sikkem. Wcześniej też miało to miejsce, ale w sposób o wiele bardziej subtelny. Bo Sigismund kierował się jakimis zasadami, Sikke już nieco mniej, Sigismund miał naiwny, idealistyczny stosunek do świata, Sikke - absolutnie nie. Można by ciągnąć taką wyliczankę jeszcze długo, ale ostateczny wniosek nasuwał się sam - Sikke był wersją, która lepiej znosi zderzenia z rzeczywistością.

            Sikke miał również zakodowaną w umyśle zbawczą podejrzliwość, może nawet i lekką paranoję; jakkolwiek by tego nie nazwać, pomagało przeżyć. Oraz zachować się przytomnie w wypadku pewnych... incydentów. Sigismund tego nie potrafił, nie potrafił negocjować, a ciemne strony i dopiski drobnym druczkiem zauważał dopiero wtedy, gdy już się wszystko dopełniło.
            Wszedł do wozu cyrkowego, w którym mieszkał. Właściwie, dopiero gdy znalazł się w środku poczuł, że coś jest nie tak. Było to właśnie to uczucie, co przechodzi dreszczem wzdłuż kręgosłupa, stawia włoski na karku i wywołuje jakiś taki dyskomfort w klatce piersiowej. I cholera jedna wie, czego ta obawa może dotyczyć. Coś się zdarzy. Albo już się zdarzyło. Ewentualnie zdarza się w tej chwili. I nie będzie miłe.
            - Dobry wieczór.
            Słysząc znajomy głos, dobiegający z końca wozu, Sikke bynajmniej się nie rozluźnił, wręcz przeciwnie - spiął wszystkie mięśnie, cofnął się kawałek i położył dłoń na klamce znajdujących się z tyłu drzwi.
            - Znowu ty? Ileż można?! - jęknął, starając się nadać głosowi ton żartobliwy i nonszalancki; niepotrzebnie, bo nieproszony gość zwyczajnie wie o jego zdenerwowaniu. Zawsze o wszystkim wie. A przynajmniej stara się sprawiać takie wrażenie, co już wystarczy, by wytrącić kogoś z równowagi, podkopać fundamenty pewności siebie.
            - Minęły ledwie trzy lata - odparł głos z rozbawieniem. - Czymże to jest wobec wieczności, czym to jest wobec... propozycji?
            Gdyby Rott posiadał królicze uszy, zapewne zastrzygłby nimi, nasłuchując oznak nadciągającego niebezpieczeństwa. Bo propozycje zawsze są niebezpieczne. I jednocześnie ciekawe, nawet bardzo... Stop. To nie jest dobra droga myślenia. To jest ta droga, co prowadzi do samych złych rzeczy, droga bezrefleksyjności i wiary w dobre intencje.
            - Jakoś nie jestem zainteresowany - stwierdził ostrożnie.
            - A to czemu? - skryty w ciemności gość wciąż zachowywał dobijająco wręcz opanowany ton. - Robię coś nie tak? Nie wywiązuję się z umowy?
            Chyba przyszedł czas na najgłupsze słowa, jakie Sikke w ogóle mógł wypowiedzieć podczas tej rozmowy.
            - Nie mam do ciebie zaufania - oho, czyli zaczynamy powoli i ostrożnie, żeby w każdej chwili móc się wycofać, obrócić kota ogonem czy wykonać inny zręczny unik. Brawo.
            - To zrozumiały, zdrowy odruch.
            - Mam pewne... hipotezy, co do tego, kim czy tam czym jesteś - no, teraz to się, panie Rott, wpakowałeś aż po końcówki dredów.
            - Są błędne - uciął intruz. - Już to przerabialiśmy. Ja tylko pomagam ludziom utalentowanym i zawziętym, niemal bezinteresownie.
            - Niemal - podkreślił akrobata; jego instynkt samozachowawczy już nie chyba, ale na pewno zaczynał zawodzić. Pewnego rodzaju ludzi, czy tam istot, wszystko jedno, po prostu się nie prowokuje. Nigdy.
            - Altruiści nigdy nie cieszą się długim życiem - stwierdził nieproszony gość filozoficznie. - Ja nie chcę wiele, nie domagam się rzeczy ekstra ciągle. Ale, skoro panu szanownemu to nie odpowiada - teraz z kolei głos ociekał wręcz słodyczą. - To ja się nie narzucam. Mówiłem, że to nie jest umowa wiążąca, zerwać ją można w każdej chwili. Ja jedynie zabieram, co moje.
            Dopiero te słowa naprawdę przeraziły Sikkego. Pozwalał sobie na pokpiwanie, lekceważenie, to ma. Może stracić wszystko, jeśli jakoś nie zareaguje. Teraz będzie musiał na kolana paść, szaty rozdzierać i co tylko, by jakoś go przeprosić, zjednać sobie na nowo. On zdawał się wprost uwielbiać teatralność. Chwila ciszy niebezpiecznie się przedłużała, powietrze jakby gęstniało.
            - Zmieniłem jednak zdanie - wspaniałe to uczucie, gdy całe napięcie nagle opada, świat wraca na dawne tory i w ogóle, to pięknie jest. A to tylko trzy słowa, tylko trzy, żeby odwołać wszystko, co było wcześniej.
            - Cóż, tak przypuszczałem. Wszyscy w ostatniej chwili zmieniają zdanie - brakowało jakiegoś gestu, który powinien był mieć miejsce po tych słowach, jakiegoś konfidencjonalnego szturchnięcia w ramię. - Z pewnymi rzeczami trudno się rozstać, prawda?
            Nie było sensu silić się na odpowiedź. Przecież on wie wszystko. A przynajmniej wszystko w tej materii. Znowu zaległa cisza.
            W tej właśnie chwili Sikke zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo idiotycznym jest stanie tuż przy drzwiach, w dodatku przy zgaszonym świetle. Jest, do cholery jasnej, u siebie! A nie, tak na przykład... zresztą, nieważne. Światła i tak nie będzie, choćby próbował zapalić chociaż zapałkę. Tak po prostu. Niektóre sprawy wymagają ciemności, albo inaczej - niektórzy mają do ciemności słabość.
            - Mniejsza z tym - słowom towarzyszyło ledwie słyszalne klaśnięcie.  - Sprawa jest. Dwie właściwie.
            - To, co już dostajesz, oczywiście nie wystarcza? - Sikke uśmiechnął się krzywo; był pewien, że przybysz dostrzeże jego grymas mimo ciemności.
            - Nie wracajmy do tego tematu. Zresztą, możesz zyskać. Wspominałem już o tym.
            - Zawsze wspominasz. O co chodzi tym razem?
            - Och, ktoś tu raczył się zainteresować. Ale, ale, nie wszystko naraz. Zobowiązania na pierwszym miejscu, zobowiązań się nie zaniedbuje, zwłaszcza takich.
            Cóż, prawda. Sikke słuchał.

* * *

            Miasto tonęło w powodzi szarości. Zresztą, trudno, żeby było piękne i słoneczne w środku nocy, gdy dodatkowo siąpi deszcz ze śniegiem. Ale tak za dnia zapewne należało do tych południowoeuropejskich, uroczych, prowincjonalnych miasteczek średniej wielkości, w których wszyscy się znają i nie dzieje się absolutnie nic. Dobre miejsce, żeby przyjechać na wakacje. Gdyby się miało wakacje. Z dziećmi najlepiej, gdyby się dzieci posiadało. Żeby sobie pola lawendy tratowały czy co tam dzieci puszczone samopas na wsi robią.

            Dostarczyć list, to brzmi prosto. Dostarczyć list w środku nocy, to brzmi dziwnie. Dostarczyć list w środku nocy i to w dodatku do posuniętego w latach człowieka, bo ktoś ma taki kaprys, to już zakrawa na absurd. Absurdy stały się integralną częścią życia Sikkego.
            Stał pod drzwiami antykwariatu. Był to jeden z tych małych, zapyziałych antykwariatów, co się do nich wchodzi poprzez podwórze kamienicy. W środku zapewne pachnie stęchlizną, pod sufitem wisi staromodna lampa o aksamitnym kloszu, półki uginają się pod ciężarem książek, prezentujących wszystkie stadia rozpadu... Mały, zapyziały antykwariat, do którego nijak nie idzie się dostać.
            Włamanie, oczywiście, wykluczał - alarmu najpewniej nie było, ale i tak wywołałby dość sporo hałasu, biorąc pod uwagę to, że nie posiadał żadnego wytrycha czy innego przydatnego wynalazku. Miał odpuścić, gdy zauważył otwarte piwniczne okienko. A już się tak ładnie układało, mógł mieć spokojną noc, ale nie!
            Okienko było szerokie akurat w sam raz, co by chudy akrobata mógł się do środka wsunąć. Gorzej było z lądowaniem - jakiś idiota uznał, że pod oknem postawić trzeba sklecone na odczep się półki. Połączenie takiego cuda techniki i spadającego w dół ciała implikuje, oczywiście, rozpadnięcie się tego pierwszego. Z efektownym hukiem oraz trzaskiem. Opcjonalnie można dołożyć dosadne i głośne przekleństwo po niderlandzku.
            Na skutki tego jakże zgrabnego, niekonwencjonalnego sposobu składania wizyt domowych (i przy okazji demolowania domu) nie trzeba było długo czekać. Otworzyły się drzwi do piwnicy, a w świetle bijącym z korytarza ktoś stał. Anemicznie zamigotała żarówka pod sufitem, a gospodarz zaczął schodzić w dół.
            Nie wyglądał na człowieka wyjątkowo starego; sylwetkę miał wyprostowaną, poruszał się żwawo, jedynie siwe włosy, nieco obwisła szyja i zmarszczki mimiczne - kilka głębokich bruzd na czole, nieco płytsze przy ustach - wskazywały na to, że jest człowiekiem starszym.
             - Jesteś od niego, co? - miał dziwny akcent: w sposób wręcz niemożliwy przeciągał końcówki wyrazów, to aż bolało, jakby zamiast słów rozciągał rozmówcę.  - Nie zaprzeczaj, pewne rzeczy się po prostu wie. Czego siedzisz pan jak kołek? Rusz się pan, zapraszam na salony, w piwnicy niewygodnie się gada.
            Cokolwiek zszokowany Sikke podniósł się ze sterty desek i otrzepał spodnie z kurzu. Czego jak czego, ale takiego powitania się nie spodziewał. I takiej wiedzy.

* * *

            - On to się potrafi obok człowieka zakręcić, co?

            Sikke stwierdził, że antykwariusz byłby niezwykle ciekawym człowiekiem, gdyby nie ten straszny akcent i irytujący zwyczaj dodawania "co?", na końcu niemal każdego stwierdzenia. Gdyby nie to, byłoby niezwykle miło siedzieć sobie tutaj, pośrodku ogromnej biblioteki, w jaką gospodarz zamienił całe pierwsze piętro kamienicy. Nikt mu nie zabroni, jego kamienica, jego sprawa. Ponoć ludzie w miasteczku coś tam gadali, ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie ten człowiek - jego obchodziły tylko książki, aukcje i gromadzenie coraz to większych i większych stert małych, drukarskich skarbów.
            Akrobata zamruczał coś na znak zgody, uniósł filiżankę i ledwie umoczył usta w białej herbacie. Nie cierpiał smaku białej herbaty; w tym samym kąciku, co fotele, na których siedzieli, stał stolik oraz barek, ale antykwariusz najwyraźniej nie przyjmował do wiadomości, że jego gość może mieć ochotę na coś innego niż on sam.
            - Pierwszy raz przyszedł do mnie jako kobieta - starszy mężczyzna niemal niknął w obitym skórą fotelu. - On to potrafi, z tymi zmianami, co? W każdym razie, źle mnie wybadał, ja z kobietami nie lubię interesów robić, niekonkretne są, zdanie zmieniają, a te, co książkami handlują, to jeszcze najczęściej obłudne suki. Miałem z jedną taką kiedyś przeprawę...
            Sikke uznał, że powinien przerwać tę opowieść, zanim zdąży się rozwinąć. Jego gospodarz cierpiał na bezsenność, w dodatku okazał się być typem upartego gawędziarza - nie przeszkadzała mu więc ani późna pora, ani to, że akrobata przyszedł tutaj w określonym celu. W sumie, to należałoby dopełnić zadania. Chrząknął głośno, z kieszeni spodni wyjął lekko zmiętą kopertę i położył ją na stole, tuż obok filiżanki.
            - Pan przeczyta. Miałem przekazać i dopilnować, żeby pan przeczytał. Teraz.
            Antykwariusz spojrzał nań z wyrzutem; nie przerywa się opowieści z tak błahych powodów. Zaraz jednak skierował wzrok na kopertę. Wziął ją. Otworzył. Wyjął liścik i wyciągnął do przodu rozprostowaną rękę. Znaczy się, dalekowidz. Jakoś to pasowało do ogólnego obrazu. Bibliofil, wieczny kawaler, ma okrrropny akcent, niby samotnik, a opowiadać lubi (ukochane tematy: ja, książki, ja i książki), nie cierpi kobiet, kocha książki, a pieniądze wydaje jedynie na nie i na swoje skromne potrzeby. Tutaj pasuje jedynie dalekowzroczność. Czytał. Raz. Drugi.
            - Skurwiel - stwierdził spokojnie, opuszczając swobodnie rękę. Liścik upadł na podłogę. - Skończony skurwiel.
            Sikke siedział spokojnie i czekał. Nie śpieszyło mu się do wyjścia; na zewnątrz w dalszym ciągu było szaro i zimno, a tutaj przynajmniej miał ciepło. Przyjaźnie się już robić przestało.
            - Nie mógł tu wejść - ciągnął dalej antykwariusz. - Nie dałby rady. Ten pieprzony papierek wszystko zmienił. Jeden pieprzony papierek. - wreszcie podniósł wzrok. Spojrzenie miał mętne, wściekłe jak u zwierzęcia. - Twoja wina. Ty się związałeś z tym sukinsynem. Co ci obiecał, hę? Jakie cuda?! Co dostaniesz w zamian za to?!!
            Sikke podniósł się z fotela. Nie lubił patrzeć na ludzi bezsilnych. Nie lubił patrzeć, jak ktoś pewny siebie i tryskający witalnością nagle kurczy się, marnieje, dopasowuje do swoich lat. Nie lubił, gdy ludzie bezsilni upatrywali w nim źródło zła. On nic takiego nie zrobił On, Sikke, dba po prostu o własny tyłek. W takich sytuacjach wybitnie Sigismundowa część charakteru się wyłącza, żeby przypadkiem wszystkiego nie spieprzyć, nie powołać do działania sumienia. Sumienie, straszna rzecz.
            - ... chciałem tylko móc zbierać książki - teraz antykwariusz wbijał wzrok w przeciwległą ścianę, wolną od regałów jedynie dlatego, że znajdowało się na niej okno. - Chciałem. Tylko. Posiadać. Te. Pieprzone. Książki. To tak dużo? - jego głos stał się nie do zniesienia; gdy wpadł w histerycznie piskliwe rejestry, charakterystyczny akcent brzmiał jeszcze gorzej. Starszy mężczyzna oddychał spazmatycznie. Sikke stanął w drzwiach.
            - Jestem głupcem - stwierdził, już spokojnie, antykwariusz. - Ty jesteś głupcem. Obaj jesteśmy głupcami. Po ciebie też kiedyś tak przyjdzie. Jesteś głupi, bo mu zaufałeś. Głupi, głupi, głupi!
            Sikke zbiegał po schodach. Drzwi antykwariatu okazały się być zamknięte od środka na prymitywną zasuwkę. To małe miasteczko, nikomu nie przyszłoby do głowy cokolwiek ukraść. To małe, zapyziałe miasteczko, nikt by się nie domyślił, co kryje pierwsze piętro niepozornej kamienicy.

* * *

            Przed wejściem do wozu wziął świeczkę - stała na schodku w kałuży wosku, widać jakiś miły człowiek ją zostawił - jednakże, gdy tylko znalazł się w środku, zgasła.

            - Czyli przechodzimy do propozycji - i znów ledwie słyszalne klaśnięcie w dłonie, dochodzące z mroku. - Powiedz mi, mój drogi, chciałbyś tańczyć ponad chmurami?
            Sikke jedynie słuchał.

____________________________________
Nie pisałam niczego konkretnego... dosyć długo.
Nawet mi się nie chce odautorskich smętów tutaj pisać.
Cztery strony w Wordzie, to mało. Mój rekord wynosi dwanaście.

niedziela, 17 marca 2013

Rozmowa 1, 2 i 3 w części.



Look at me.




What have I become?



Rozmowa 1.

 - Przepraszam pana.
 - Słucham?
 - Przepraszam, chcę przejść.
 - A, tak, tak...

Rozmowa 2.

 - Przepraszam pana, tu mogą wchodzić tylko pracownicy. Proszę wyjść.
 - Ale... Wtedy, w Austrii... !
 - Proszę pana, ostrzegam. Wyjdzie pan sam, czy mam zawołać ochronę?
 - ...

Rozmowa 3.

 - To znowu pan!? Już wołam ochronę.
 - Czekaj, Chris. Pamiętasz? Wtedy w Austrii? Szesnaście lat temu. Pewnie nie pamiętasz...
 - ...?
 - Prowadziłem wykłady w 'Elementalu', pamiętasz?
 - ...
 - Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem studentem filozofii. Prowadziłem wieczorki filozoficzne w kawiarni dyskusyjnej. W piątki. Pamiętasz, jakie tłumy wtedy przychodziły do takich miejsc?
 - Proszę stąd wyjść.
 - Dobrze, ale ty pójdziesz ze mną.
 - Proszę stąd... wyjść... nie chcę z nikim rozmawiać.
 - Okej, okej. Chodź. Wiele się od tamtego czasu pozmieniało, prawda?
 - Ale... ty... skąd znasz moje imię?
 - Hm?
 - Skąd. Znasz. Moje. Imię.
 - Aaa! Aha. Bo... no, sam mi się przedstawiłeś? Przychodziłeś trzy tygodnie pod rząd. Rozmawialiśmy. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy udało mi się tak samo dobrze dyskutować z trzema... no, może czterema osobami potem.
 - To ty jesteś tym zapaleńcem z tamtej kawiarni... ?
 - Mhm.
 - Naprawdę?
 - No tak.
 - Tyle czasu! George! Dobrze pamiętam?
 - Haha! Gregor, blisko byłeś.
 - To było dawno, tak dawno. Nie poznałem cię!
 - Ty się wcale nie zmieniłeś. Pewnie gdyby nie to, też bym cię nie poznał. Wyglądasz tak samo, jak wtedy. Jesteś taki jak oni?
 - Kto?
 - Oni.
 - Nie wiem o co ci chodzi, więc pewnie nie jestem jak oni.
 - Nie ważne. Ale nawet nie wiesz, jak się cieszę, że zobaczyłem tamtą reklamę cyrku.
 - Ty przez tyle czasu mnie szukałeś?
 - Nie, nie. To przypadek, że tu jestem. Trzy lata temu wyprowadziłem się z Austrii i od tamtej pory podróżuję.
 - To ile ty już masz lat?
 - Trzydzieści sześć. A ty?
 - ...trzydzieści jeden.
 - Wtedy też tyle miałeś.
 - Coś sugerujesz?
 - Tak.
 - Uparty jesteś.
 - Tak. I ciekawski.
 - I tylko po to tu przyszedłeś? Jeśli tak, to możesz już odejść.
 - Nie. Chciałem ci powiedzieć, że wtedy się myliłem. Miałeś rację.
 - W czym miałem rację?
 - Że jednak nie.
 - Nie rozumiem... Ja tamte czasy pamiętam jak przez mgłę, ciebie w ogóle bym nie poznał na pierwszy rzut oka. Teraz dopiero trochę cię poznaję.
 - Dlatego cieszę się, że mam tak dobrą pamięć. Hipermnezja. Wiesz co to? Nie ważne. Kiedyś cytowałeś wiersz: Rozbić wszystkie lustra, zabić mieszkające w nich kreatury / Chwycić w pięść pióro i jak nożem godzić w wybryki natury. / Potem płakać nad zabitym w nas samych człowiekiem, / Głowę schylając nad trumną pustą, nad rozwartym wiekiem.
 - Haha! Ja wtedy takie głupoty pisałem, że głowa mała!
 - Czego chcesz? Mnie się tam podoba.
 - Daj spokój... Austria źle na mnie wpływa.
 - Ale nie o to chodzi. Pamiętasz, jaką wtedy tym rozpętałeś dyskusję?
 - Pamiętam, że ktoś kogoś chyba winem oblał... ? Dobrze mówię?
 - Tak! Tak! Właśnie! No i dyskutowaliśmy. Wtedy byłem przekonany, że da się zabić w sobie wszystkie to zło, wiesz, żeby lustro było czyste.
 - Nonsens.
 - Właśnie. 
 - Teraz pomyślałeś, że...
 - Nie przerywaj mi. Wiem już, o co ci wtedy chodziło. Po prostu lustra są brudne. Sami je brudzimy, a potem dziwmy się, że jesteśmy w nich zdeformowani. Sami nie szanujemy swoich luster, a potem dziwmy się, że są umazane. Ogółem wszystko nas w nas samych dziwi. Chcemy się dostosować do wizerunków innych i przez te nieczystości tworzymy swoje fryzury, makijaże.... tak samo nieidealne, jak tafla lustra. Kopiujemy te brudy na nas samych. Podłapujemy szczątki luster innych, ich zanieczyszczenia i zacieki i przyjmujemy jako własne. Potem narzekamy, że nie jesteśmy sobą. Haha. Ludzie są głupi.
 - Hmm...
 - I wiesz co jeszcze teraz przyszło mi do głowy? Że ludzie po prostu nie lubią czystych luster.
 - A akacje?
 - Czyli jednak pamiętasz.
 - Teraz mi się przypomniało. Trochę niejasno, ale pamiętam.
 - Nie, już nie. Akacje już nie. Lustra zresztą też nie. Ale akacja dalej jest dla mnie symbolem kłamstwa. Nadal sądzę, że można sobie wyłupić oczy sięgając ustami po słodkie kwiaty.
 - A czemu nie sięgnąć rękami? Byłoby łatwiej.
 - Ręce masz zajęte.
 - ?
 - W rękach trzymasz swoje lustro. Jest ciężkie.
 - Ty zawsze masz jakąś odpowiedź, hm? Lawirujesz jak piskorz.
 - Ale zawsze krążę wokół pytania. Ty też nie powinieneś wychodzić poza ramy skojarzeń albo danego tematu, bo ktoś może cię nie zrozumieć.
 - Nie zamierzam się ograniczać!
 - Haha. Jak dziecko. Samo zamierzenie już jest formą ograniczania.
 - Ech... Chyba odwykłem już od rozmów. Jestem zmęczony.
 - Ach, no tak. Która to już jest godzina... ? Późno już. Późno. Przyszedłem tylko powiedzieć ci, że miałeś rację i widzisz, jak się zasiedziałem? Nie chcę ci przeszkadzać. Mówię: miałeś rację. Dziękuję, Blatta, za gościnę. Wiem, że nie chciałeś rozmawiać, mogłeś mnie stąd wyrzucić. Przepraszam, odrobinę cię przycisnąłem. Dobranoc. Żegnaj.
 - Ale... Taak... Żegnaj...








 - ... Gregor! Czekaj. Zawsze zastanawiałem się, o co chodzi w determinizmie. Przypadek? Jak to jest postrzegane? Wróć. Siadaj. Mów.
 - O, to bardzo proste... ! Zacznijmy od tego, że...



poniedziałek, 11 marca 2013

Musisz mi pomóc, bo jestem zmęczony jak Bóg,

który harował przez tydzień –
i nie stworzył świata...
- Jarosław Borszewicz

[+16][+18]

     Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, jak to jest stracić osobę, na której tak bardzo ci zależy, a mimo to, tego nie byłaś w stanie nigdy pokazać? Jak to jest móc patrzeć na znieruchomiałą twarz, tak spokojną, zrównoważoną...Jakby śpiącą? Czy się kiedykolwiek nad tym zastanawiałaś? Nie?
To jest tak, jakbyś widziała coś, na czym ci niesamowicie zależy i biegła rozpędzona, aby to dostać. Teraz, zaraz. A następnie wpadasz wprost na niewidzialną szybę. Nie spodziewałaś się takiej przeszkody, nie wiedziałaś, że nagle, nie wiadomo skąd poczujesz ból. Odbijasz się od szyby i przewracasz się na lodowatą, nieprzyjemną ziemię. Upadek odbiera ci dech w piersiach, sprawia, że nie możesz złapać tchu. Ból z początku ogarnia jedynie klatkę piersiową. Miażdży twoje kości, przebija płuca. A ty i tak wstajesz. Niezgrabnie, pokracznie, jakbyś dopiero się uczyła tej umiejętności.
Podchodzisz bliżej. Niepewnie dotykasz tej przeszkody. Przesuwasz po niej palcami, które stopniowo zaciskają się w pięści. Chcesz dotrzeć do tego, co jest dla ciebie najważniejsze. Nie pozwalasz, aby ktokolwiek tobie to odebrał bez twojej zgody. Zaczynasz uderzać w barierę. Z początku lekko, jednak z czasem uderzenia wzbierają na sile. I tak coraz bardziej i bardziej. Ranisz dłonie, ból zaczyna pulsować i rozprzestrzenia się po całym ciele. A głos? Stopniowo zaczynasz go tracić i z pozagryzanych, spierzchniętych warg wydobywa się tylko charkot, jakby chrzęst piasku pod stopami.
Uderzenia robią się coraz słabsze. Krzyki cichsze, a nogi uginają się pod tobą. Z dłońmi przyłożonymi do szkła opadasz na kolana, które nie są już w stanie utrzymać twojego ciężaru i uginają się wbrew woli.
Wpatrujesz się tępo w swój skarb. W to, co powinno być dla ciebie najważniejsze. W to, co ty miałaś i powinnaś chronić. I dopiero wtedy widok na to wszystko przesłania gęsta mgła. A po policzkach przetaczają się bezbarwne, kryształowe strumienie...

Paryż, listopad 2012 roku.
     
      - Uciekaj, Jacq! Uciekaj! - męski głos dochodzi do twoich uszu. Brzmi przeraźliwie, jest pełen strachu, paniki i desperacji połączonej z niezwykłą apodyktycznością, która sprawia, że nie sposób jest po prostu się sprzeciwić. W odpowiedzi twoje mięśnie napinają się, gotowe do biegu, a zarazem wspomagane przez wytwarzaną w gruczołach dokrewnych adrenalinę. I biegniesz. Przed siebie, na oślep. Byle dalej, byle tylko nikt nie potrafił ciebie złapać. Starasz się przy tym nie oglądać za siebie, zaciskając kurczowo palce na niewielkim woreczku, można by nawet pieszczotliwie go nazwać tobołkiem, jaki przyszło ci pilnować. 
To straszne, jak jego zawartość musi wpływać na twój los. Na to, co tak naprawdę jest dla ciebie najważniejsze - życie. Pragniesz żyć. Pragniesz cieszyć się nim, chcesz budzić się codziennie i chłonąć swoimi wielkimi, chłodnymi oczami te wszystkie widoki, które tobie towarzyszą na co dzień. 
      Przeskakujesz kolejne kałuże, kolejne krawężniki i studzienki kanalizacyjne, co jakiś czas się potykając, zdzierając ze skóry kościste kolana i z zakrwawionymi plamami na spodniach, które rozdarte w danych miejscach odsłaniają co raz otwierane rany, których twoje trombocyty z nikłym poziomem wapnia nie są w stanie zasklepić na czas, bo co powstanie skrzep to kolejny, gwałtowny ruch go rozrywa, a rana otwiera się na nowo. Ale to nieważne. Nic nie jest ważne. Tylko ten cholerny, mały tobołek, który jest takim priorytetem, że uciekasz, pozostawiając za sobą kogoś, kto był w stanie poświęcić za ciebie swoje życie. A może to nie chodzi o ciebie? Może to właśnie ten przeklęty, skórzany woreczek, który przypomina staroświecką sakwę, w której niegdysiejsi kupcy przetrzymywali niejednokrotnie cały swój dobytek, a okradani tracili zarazem wszystko.
Jednak wtedy do twojej głowy dochodzą wątpliwości: po jaką cholerę byłaby mu zawartość tego woreczka, skoro na pewno tamci już go rozszarpali, pozostawiając zaledwie morką, krwawą plamę na chodniku, którą i tak zmyje lodowaty, listopadowy deszcz.
       Zatrzymujesz się. Płuca odmawiają już ci posłuszeństwa, paląc przy chociażby najmniejszej próbie zaczerpnięcia powietrza, którego tak bardzo teraz potrzebujesz do pozyskania energii, dzięki której będziesz mogła dalej uciekać, zniknąć. Tak, jak krzyczał Jean-Pierre.
Patrzysz tępym wzrokiem na zaciskany kurczowo w palcach woreczek. Jak takie coś małego jest w stanie doprowadzić do takich kłopotów? Jakim cudem w ogóle Jean-Pierre wpakował was w to całe bagno? 
I wtedy ich słyszysz. Może nie dosłownie, ale... Są blisko. Czujesz to. W sobie. W swojej całkowicie pokręconej, niezrozumiałej głowie. 
Gdzie jest ta mała kurwa? Biegła tędy, a teraz nie można jej znaleźć. 
Ten tępy chuj nie znalazłby nawet grubej krowy, gdyby ją przed nim postawić. 
Kurwa, wdepnąłem w jakieś gówno! 
I to sprawia, że nie pozostaje ci nic innego, jak wycofanie się w kierunku, z którego przybiegłaś. Pójście do paszczę lwa? Możliwe. Bardzo możliwe. Jednak nie widzisz jakiegokolwiek wyjścia. Oni ciebie dopadną. Nieważne, czy będziesz dalej biegła krętymi uliczkami, czy nie. Dlatego najlepiej jest wrócić do miejsca, z którego przyszli. Zmylić ich myśliwskie nosy i jedynie podkręcić łaknące mordu dusze. Dlatego odbijasz się od lodowatego, lepkiego muru. I biegniesz. Przed siebie, na złamanie karku. Już nawet ucisk w klatce piersiowej ci nie przeszkadza. Po prostu biegniesz. Musisz ich zmylić. A może to chodzi o coś więcej, co? Jacqueline, co ty na to powiesz? 
Machasz głową, chcąc odgonić od siebie te uporczywe, nieprzyjemne myśli. I powracasz do punktu wyjścia, mimowolnie przed oczami widząc sytuacje, które miały miejsce chwilę wcześniej. Wszystko zdaje się być rozmazane, jakby cofnięte w naprawdę daleką przeszłość. Próba ucieczki, szarpanina, rzut woreczkiem...A potem tylko krzyki jasnowłosego, które były słyszalne, dopóki nie poszedł pierwszy cios. Chyba w brzuch lub splot słoneczny. Nie patrzyłaś.
       Czy masz nadzieję? Czy karmisz się tą ułudą, pieprzoną utopijną Matką Głupich? Skoro rozglądasz się jak jakaś obłąkana, poszukując jakichkolwiek poszlak, to pewnie tak jest. Ba! To jest więcej niż pewne. 
Wtedy też go dostrzegasz. Bardziej przypomina rozkraczoną, powykręcaną kukłę z poodcinanymi sznurkami i rzuconą w kąt, aniżeli tego samego, rosłego mężczyznę, który na swój sposób był dla ciebie sprzymierzeńcem, ostoją, kompanem. 
Jego jasne, złote pukle przybrały barwę brudnej miedzi, a zazwyczaj lekko przydługie, proste kosmyki przypominają bardziej poskręcane i posklejane strąki. Nie wierzysz w to, co widzisz. Mimo, iż się na to przygotowywałaś, byłaś pewna nawet, że tak się to wszystko potoczy... Padasz na kolana, przy akompaniamencie głuchego stąpnięcia. O dziwo, nie odczuwasz bólu pulsującego od swoich dolnych kończyn. Zdaje ci się, że sama jesteś jednym wielkim nerwem, który ktoś bezczelnie torturuje coraz to kolejnymi wymyślnymi dziwactwami, jak rozpalony ogień albo uderzenie kastetem w najdelikatniejszą część twojego ciała. I znowu wydaje ci się, że ktoś absorbuje wszelki tlen z powietrza, przez co nie możesz oddychać. Wpatrujesz się pustym spojrzeniem w martwą twarz. I łapiesz go za ramię. Całkowicie bezwładne, ciężkie. Trzęsiesz nim raz, drugi. Zero reakcji. I znowu to samo. 
- Jean-Pierre! - krzyczysz błagalnie. - Obudź się! Słyszysz? Nie zostawiaj mnie. Nie tutaj. Nie teraz. Proszę... - głos ci się urywa, a pojedyncze łzy przetaczają się po rozpalonych policzkach. - Proszę... - szepczesz po raz wtóry. Ale to nie pomaga. On nie żyje, podszeptuje ci głos w twojej głowie. A potem słyszysz coś jeszcze. 
Jest! Tam jest ta mała szmata! 
      Nie masz czasu na nic. Na pożegnanie, na prawdziwy pochówek. Dopiero gdy wstajesz, zdajesz sobie sprawę, że jesteś cała we krwi, co wywołuje twój odruch wymiotny. Tłumisz to. Potem sobie pozwolisz na słabość. Czy to w postaci łez, czy torsji, które na pewno się pojawią po tym wszystkim. Teraz...Uciekasz.

Gdzieś w Europie, przełom 2012/2013 roku
    
      Jesteś przerażona. Jedyne, co czujesz, co tak naprawdę wiesz, to że musisz zapomnieć. Musisz zamknąć za sobą wszystko. Ledwie zmyłaś z siebie zaschniętą krew, która i tak pozostała na podartych, brudnych ubraniach. Wciąż jednak ściskasz woreczek, od którego ponoć tak bardzo zależy twoje życie. Nawet nie wiesz, co to za miejsce, gdzie ten pociąg jedzie. Wiesz tylko, że jest ci niesamowicie zimno, nie masz gdzie się podziać, nie masz nic. Twoje błękitne oczy z przerażeniem przesuwają się po pomieszczeniu, w którym się znalazłaś. Wciskasz się teraz w sam róg tego klekoczącego przedziału, mając w duchu nadzieję, że nikt ciebie nie znajdzie. Jakoś sobie dasz radę. do tej pory przeżywałaś, to czemu miałoby teraz być inaczej? Ale wtedy pojawia się szczur. Ogromny, obrzydliwy, piszczący i z czerwonymi ślepiami szczur. Nie, to dla ciebie za wiele. Z piskiem wyskakujesz, ówcześnie kopiąc gryzonia gdzieś w bok. I wpadasz. Cholera jasna, wpadasz. Dosłownie i w przenośni. Lądujesz wprost w ramionach zupełnie nieznanego człowieka. Jedyne, co widzisz, to zielone czy, blizny... Boisz się. Dlatego się cofasz o krok, nie wiedząc co tak naprawdę powiedzieć. 
- Nic ci nie zrobię... Jak się nazywasz? - głos ma łagodny. To chyba jego wagon. Nie potrafisz nic wykrztusić. Zaciskasz mocniej palce na trzymanym w dłoni woreczku. Ale dopiero wtedy dostrzegasz dla siebie szansę. Szansę na nowe życie. Nowy start. Nową siebie.
- Hypatia. Hypatia Noire - wypowiadasz wymyślone na poczekaniu imię wraz z nazwiskiem. I od tej pory tak każdy ciebie nazywa. A ty reagujesz lub nie. Jednak musisz się przyzwyczaić do jednego - Jacqueline już nie ma. Jest tylko Hypatia. I to ona żyje, to ona odrodziła się po upadku z tego przeklętego mostu. A Jacqueline...Umarła wraz z Jean-Pierrem, którego szczątki zjedzone zostały przez bezdomne psy i koty oraz innych chętnych na ludzką padlinę. 

____________________
Takie coś napisane pod wpływem weny na języku polskim. Mam nadzieję, że ktoś to doczyta do końca. A jak nie - nie winię. 
I dzięki Kruczku za pozwolenie na umieszczenie Jednookiego. :) 
Także... No. 

niedziela, 10 marca 2013

Dziecię Przeznaczenia


            Wszystkim wydaje się, że żyjemy w całkiem normalnym świecie, pozbawionym jakichkolwiek anomalii, nie licząc tych pogodowych, które ponoć zwiastują koniec świata. Ile razy wielcy uczeni, choć nie tylko, przewidywali apokalipsę? Ile razy przezorni Amerykanie wykorzystywali swoje kupony i atakowali supermarkety? Nawet nie potraficie sobie wyobrazić, czym jest zagłada.  Żyjecie świecie prostym i niezłożonym, w którym człowiekowi nie zagraża żaden inny, podobny mu gatunek – tak myślicie, jesteście przekonani, że oprócz Was nie ma nikogo innego, a na pewno nikogo lepszego. Każdą powieść z gatunku science fiction lub fantasy traktuje się z góry, jako dobrą bajeczkę dla dzieciaków. Ja wiem, że jest inaczej.
Świat nigdy nie był prostym zjawiskiem. Świat to zespół tysiąca przedziwnych zjawisk, często niedostrzeganych ludzkim okiem. Ludzie są ograniczeni, według mnie zawsze byli – tak mnie uczono i przed tym ograniczeniem przestrzegano. Taką wiedzę na ich temat wpajano mi odkąd przyszłam na świat, odkąd dowiedziałam się o swojej inności. Byłam, jestem i będę inna, aczkolwiek nigdy nie spotkałam się z nieprzychylnymi spojrzeniami, szturchnięciami czy niemiłymi słownymi zaczepkami. Może gdybym miała na głowie róg, a z moich pleców wyrastałyby skrzydła, poczułabym się wyrzutkiem, byłabym wyrzutkiem według nich. Według ograniczonych ludzi.
Co prawda, do wyrzutka było mi całkiem blisko. Mimo tego, że wychowywałam się w ciasnej społeczności, z rzadka kiedy stykając się z cywilizacją, wiedziałam, że z łatwością wtopiłabym się w tłum. Wyglądałam, jak oni. Byłam nawet niezauważalna, drobniejsza, bardziej delikatna. Przede wszystkim posiadałam dar, który mógłby mi w tym pomóc. Ale ja wiedziałam, że do nich nie pasuję. I nie będę pasować. Zniszczyli wszystko, co kochałam. Zabili wszystkich mi bliskich. Ludzie to głupie, prymitywne istoty. Nie na mojej nienawiści chciałam się skupić. Chciałabym opowiedzieć wam moją historię.

Historię Wiedźmy.

Każdy z nas przyszedł na świat któregoś dnia, któregoś miesiąca, w którymś roku. W jakimś miejscu. Ja też. Nie różnię się w tej kwestii od ludzi. Każdy z nas musiał się przecież kiedyś urodzić, jakoś powstać. Zostać bytem zauważalnym. Co nam po tym, kiedy egzystujemy, a nikt nie ma o nas pojęcia? Pomyślcie teraz, jak smutno jest duchom. Wracając jednak do moich narodzin. Opisywane były wśród mojego ludu w wielu pieśniach i baśniach, które przekazywane były z pokolenia na pokolenie. Byłam jedną z Przepowiedni. Byłam Dzieckiem Przeznaczenia. Już się za takie Dziecię nie uważam, zostałam zbrukana, jak wszyscy moi bliscy. Na ziemskim padole pojawiłam się pewnej zimowej nocy. Mówi się, że było to w nocy z dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego grudnia, w okresie przesilenia zimowego.  Miejscem mojego narodzenia było pokaźne domostwo, jedno z większych w naszej osadzie.  Dom należał do mojego ojca, będącego zarazem najpotężniejszym czarownikiem i wodzem naszego ludu. Był jednym z wybitniejszych Przewodników, to on zawarł tajemny pakt z rządem państwa, w którym pomieszkiwaliśmy. Dzięki temu, mogliśmy pojawiać się w miastach i magicznymi sztuczkami zarabiać na życie. Miałam zostać jego następczynią. Miałam zdobyć najobszerniejszą wiedzę, miałam posiadać największą moc. Miałam poprowadzić mój lud do walki.
Przeznaczenie. Co nim jest? Odgórnie zesłane nam przez Los ciągi zdarzeń i osób. Wierzymy w Los, wierzymy w Przeznaczenie, często myląc te pojęcia. Mówi się, że Przeznaczenia nie da się oszukać, że Losu nie da się zmienić, że ci żyjący w Zaświatach są naszymi scenarzystami i reżyserami. A my? Gramy marne role, starając się wypaść, jak najlepiej. Nie mogę zgodzić się z tezą, że Przeznaczenia oszukać się nie da. Da się. Jestem tego żywym przykładem, a właściwie moja historia. Wiecie… Czasami ani Zaświaty, ani Los nie mogą nic zrobić, aby Przeznaczenie doczekało się swojego spełnienia. Zwłaszcza wtedy, kiedy mieszają się do tego paskudni ludzie, niemogący uszanować praw Natury. Natura jest wielka. Natura jest naszą matką. Powinniśmy o nią dbać, a nie bezczelnie niszczyć. Nie zgadzają się z jej regułami, skazujemy się na nowy Los. Mniej przychylny. Na całkiem inne Przeznaczenie.
Jako dziecko porównywana byłam do swej rodzicielki. Delikatna, filigranowa, śliczna. Tak, moja matka była piękną kobietą. Nieco zdziczałą, gdyż nie mogła widywać się z innymi. Nie mogła pozwolić, aby energia innych przeszła na dziecko. A potem sama nie chciała opuszczać domostwa. Mimo tego, że była żoną wodza, niewielu ją znało. Była kobietą spoza naszego ludu. Przygarnięta jako niemowlę, wychowana według naszych zasad, nieposiadająca jednak umiejętności, które miał każdy z nas. Jak więc to możliwe, że będąc Mieszańcem, miałam zostać kimś wielkim? Bo tak głosiło Przeznaczenie.  Wychowywałam się w dość prymitywnych warunkach. Nasi ludzie nie zgadzali się z cywilizacją. Telefony, telewizory i samochody były czymś nie do zniesienia, dlatego podczas wypraw do ludzkich metropolii czuliśmy się, jak zamknięte w klatce zwierzęta. Każde z nas potrzebowało wolności, otwartych przestrzeni i czystego powietrza. Jednak byliśmy w miastach mile widziani, zwłaszcza, jako wędrowna trupa cyrkowa. Dzięki Magii, tworzyliśmy całkiem odrębny świat, a ludzie nie zdając sobie z niczego sprawy, cieszyli się z efektownego przedstawienia. O ile piękniejszy był świat Magii, niżli świat najnowszych technologii.  Kiedy skończyłam osiemnasty rok życia, mój ojciec zachorował, zaczął tracić swoją moc. Zgodnie z tym, co mówiła Przepowiednia, miał odejść z tego świata w ciągu roku, a wtedy ja miałam objąć władzę. Szykowaliśmy się do wojny. Jako broń mieliśmy tylko Magię. Jedynym atutem był fakt, że posługiwaliśmy się nią perfekcyjnie. Przynajmniej część z nas.
Wtedy nadeszli ludzie. I mimo tego, że nasza dolina, że nasz las, ukryta były pod maską Iluzji, dotarli do nas, zapuszczając się w najbardziej zdziczałe zakątki swojego państwa. Odkryli miejsce naszego zamieszkania, niszcząc wszystko to, co dała nam natura. Nieprzygotowani… Byliśmy nieprzygotowani. Mój chory ojciec próbował do nich przemówić, do ich ograniczonych rozumów. Chciał zawrzeć pakt, chociaż nie takie było nasze Przeznaczenie. Stałabym u jego boku, gdyby nie fakt, że kazał mi uciekać. Gdyby nie fakt, że kazał mi wtopić się w tłum ludzi i żyć razem z nimi. Zginęli. Wszyscy moi pobratymcy zginęli z rąk ludzi, z rąk nędznych człowieczków, niebędących godnych, aby wymawiać nasze imiona. Jednostki tych, którzy wydali im się ciekawi, zostali wzięci w niewolę, aby ludzie mogli prowadzić na nich eksperymenty. Takie pogłoski słyszałam. Nie wiem, czy żyją. Nie wiem, kim bez nich jestem. Jak mam na imię? Ile mam lat? Akurat w tej chwili jest to nieważne. Nieważne jest też moje pochodzenie, dzień moich urodzin, imiona rodziców, zawód, fakt czy mam męża, czy nie. Nie mam niczego, to musicie zapamiętać.
A co robię? Spójrz, przyjrzyj się. Siedzisz na jednej z drewnianych ławeczek i mrużysz swoje oczy.  Widzisz mnie. Dostrzegasz w blasku świateł, jak ubrana w cyrkową, srebrną sukienkę wchodzę na wolny plac.
Stoję, uśmiecham się. Poruszam lekko dłonią, światła gasną, ale nie tak naprawdę. Ale ty i tak w to uwierzysz. Uwierzysz nawet w to, że nagle o twoje nogi zacznie ocierać się jeden z cyrkowych tygrysów. Uwierzysz w krzyki, które nastąpią chwilę później. Uwierzysz… Uwierzysz we wszystko co, ci pokażę, człowieku. Bo stoję tutaj. Stoję i mimo mojej nienawiści do ciebie, do twoich bliskich i nie-bliskich, sprawiam ci przyjemność. Pokazuję nowy, lepszy świat. Pokazuję ci Magię.
Doceń to. Bo gdybym była tak samo zła, jak ty, już byś nie żył.

Krótkie to i dziwne, ale pochodzące jeszcze z Onetu. Bez tego nie byłoby Lacey, nie byłoby jej małego światka. To takie wprowadzenie, które może nieco ułatwić zrozumienie jej zachowania.

wtorek, 5 marca 2013

Nobody laughs.



START.

          To wszystko trwa zaledwie tyle, ile przerwa pomiędzy dwoma uderzeniami serca. Wystarczająco długo, by po twarzy każdego widza przemknęła cała gama uczuć, jednak zbyt mało by ktokolwiek mógł pozwolić sobie na oddech. Choć przestrzeń zamknięta w materiałowych ścianach drży od wszelakich dźwięków, cały czas panuje cisza. Z każdą chwilą wielka czarna źrenica anonimowej publiczności rozszerza się, łaknąc więcej… Więcej. Cały ten rozwrzeszczany motłoch trwa w przerażającym bezruchu, nieśmiało rozwarte usta wyrażają niemy podziw, bo choć krzyczą, wiwatują i hałasują, nie są w stanie się odezwać. Nie mają śmiałości. Z każdym kolejnym ułamkiem sekundy widownia zatraca się coraz bardziej w sobie. I choć nic nie zmieniło się od chwili, w której wszyscy zajęli swoje miejsca, teraz wysoko pod dachem namiotu unosi się nabrzmiałe napięcie, które ściska im gardła coraz bardziej.
          Ćśś… Cicho!
          Drżą ich skronie, oczy szklą się od nieuzasadnionych i niepożądanych łez. Zimna dłoń łapie ich ciepłe, niewinne serca, nie pozwalając wykonać żadnego ruchu. Coś, czego nigdy nie widzieli i czego nigdy więcej nie zobaczą, razi ich niewidzące oczy, zalewa wciąż powiększającą się czarną źrenicę. Wielka szczęka nadgryza ich niedorozwinięte, nieświadome umysły. Dziesięciotonowy odważnik gniecie ich piersi, pozbawiając jakiekolwiek szansy na oddech. Wargi, rozwarte już bez wcześniejszej nieśmiałości, niemal krwawią. Bardzo by chcieli zamknąć oczy, ale nie mogą. Dreszcze raz po raz wstrząsają ich spętanymi ciałami.
          Umierają.
STOP.
          Nabrzmiałe napięcie pęka i spływa ulgą na publiczność, która teraz rozpaczliwie chwyta powietrze w sponiewierane, wyschnięte płuca. Pozamykane oczy odpoczywają. Serca znów biją. Rozkosz płynąca z ulgi, jaką odczuli, rozlewa się na ich ciała, dając im spełnienie, którego nigdy nie doświadczyli. Mogliby zerwać się z miejsc, mogliby uciec, ale siedzą nieruchomo na swoich miejscach, bo to, co przed chwilą przeżyli, nie równa się niczemu innemu. Tylko tutaj mogą liczyć na coś takiego. Dlatego trwają w bezruchu.
          Dopiero teraz ich głos przerywa ciszę. Pozwalamy się im wykrzyczeć, mają do tego prawo. Zapłacili. Po to tu przyszli. Tego chcieli. Nie martw się, nie cierpią. Wiedzą, na co się piszą. Poddają się nam całkowicie. A my… przejmujemy kontrolę.
    Myślisz, że to oni mają ciężko podczas występów? Stań na scenie, nie pomyl się, sprostaj ich wymaganiom, poddawaj napięcie odpowiedniej gradacji, wydzielaj im uczucia w przystępnych ilościach, nie zabij ich, nie zabij siebie.
          Och, moja kolej.
START.
        To wszystko trwa zaledwie tyle, ile przerwa pomiędzy dwoma uderzeniami serca. Wystarczająco długo…
Szablon wykonany przez Jill